Featured

Post o Dubaju

Nie jestem ani historykiem ( jedynie historykiem sztuki), ani politologiem, żeby swobodnie wypowiadać się na temat Dubaju. Im więcej opowiadał nam o nim nasz sorboński profesor polityki w Abu Dhabi na nieoficjalnych spotkaniach poza uczelnią, tym bardziej czułam się zagubiona. Jest to temat głęboki i skomplikowany. To o czym bym chciała wam dziś opowiedzieć to czubek góry lodowej. Proste, aczkolwiek myślę, że całkiem trafne spostrzeżenia. Potraktujecie to jako wstęp do opowieści o wielu tajemnicach skrywanych pod pustynnymi piaskami.

Nie opisuję wam tutaj Dubaju oczami turystki z polskiego biura podróży śpiącej w 2* hotelu w Deirze, bo nie mam takich doświadczeń. Opiszę wam Dubaj ze swojej perspektywy. Oczami studentki śpiącej w akademiku w Abu Dhabi, która później stała się rezydentem Dubaju i prowadziła swoją firmę, korzystając z tego, co to miasto ma najlepszego do zaoferowania.

Na wstępie kilka słów o historii. Szejk Zayed został władcą Al Ain w 1946 roku mając zaledwie 28 lat. Plemiona go kochały, a ludzie zebrali się wokół niego, gdy rozpoczynał swoją wielką podróż po pustyni. Kopał studnie własnymi rękami, pomagał budować aflai (kanały irygacyjne) i nie pozwolił, by brak wody i funduszy stanął mu na drodze.

Zbudował pierwszą szkołę, pierwszy rynek, pierwszą przychodnię i pierwszą nowoczesną sieć drogową. Zawsze będzie pierwszy.

W 1953 roku, 13 lat przed objęciem władzy w Abu Zabi, Szejk Zayed odbył tournée, które obejmowało między innymi Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię, Francję, Szwajcarię, Egipt, Irak i Indie. Wrócił z tej podróży pełen przekonania, marzeń i determinacji. Przekonania, że jego naród zasługuje na to, by żyć jak ludzie tamtych narodów; marzeń o zbudowaniu państwa podobnego do odwiedzonych krajów i determinacji, by nigdy nie rezygnować ze swojego planu aż do ostatniego tchnienia.

Poźniej pracował nad swoim marzeniem, nigdy nie zatrzymując się aż do śmierci w 2004 roku.

Gdybym miała go opisać jednym słowem, powiedziałabym „mądry”.

Podobne sukcesy odnosi jego syn. Szejk Zayad jest uważany za jednego z najlepszych przywódców na świecie, doskonale opiekujący się obywatelami swojego kraju. W 40 lat z pustyni z ropą stworzył destynację, do której zjeżdżają się najbogatsi z całego świata, wiedząc, że ich pieniądze będą tu bezpieczne. Wykorzystał w najlepszy sposób potencjał jaki mu dały arabskie ziemie pełne ropy i zatrudniając najlepszych specjalistów, stworzył autonomiczną i opakowaną w cudowne kokardki maszynkę do robienia pieniędzy.

Muhammad bin Raszid Al Maktum, władca Dubaju, syn szejka Rashida, to kolejny emir uważany za najlepszych światowych liderów. Ten sam wspaniałomyślny człowiek porwał swoją córkę i albo ją więzi, albo już ją zabił. Nie wiadomo. Słuch po niej zaginął kiedy służby złapały ją dopływającą do hinduskiego wybrzeża Goa w poszukiwaniu lepszego życia z dala od ojca.

Dlaczego nie pozwoli córce decydować o samej sobie? To, co go trzyma przy władzy to trzy filary: pieniądze, tradycja oraz religia. Oraz Stany Zjednoczone, ale to temat na inną okazję. Tu nie ma miejsca na łamanie zasad, bo to początek chaosu i utraty kontroli. Danie wolnej ręki nieposłusznej córce godzi w utrzymywany na Bliskim Wschodzie zwyczaj podporządkowania i ubezwłasnowolnienia kobiet. Ile by się nie mówiło o otwieraniu się tego regionu na zachód- jedno się nie zmienia. Pozycja kobiety. I mimo, że w Arabii Saudyjskiej kobiety dostają powoli prawo do samodzielnego prowadzenia pojazdów to mentalność jest bardzo daleka do emancypacji. Przywódca narodu musi być przykładem i podtrzymywać tradycję, a dla utrzymania władzy jest w stanie poświęcić nawet własną córkę.

Dubai. Kocham tu przyjeżdżać. Hotele na najwyższym poziomie, jeden z lepszych serwisów na całym świecie, idealna pogoda. I to wszechogarniające uczucie, że sky is the limit. 

Już wsiadając do samolotu linii Emirates czuję, że lecę do lepszego świata pełnego wygód, komfortu i braku problemów. W samolocie, którym lecę, w klasie biznes nikt się niczym nie przejmuje, każdy jest uśmiechnięty. Wiemy, że jedziemy spędzić idealne, niczym niezakłócone wakacje. Rozglądam się dookoła, mam doskonałą pamięć do twarzy. Oprócz kilku znajomych patrzę pobieżnie na resztę osób. Wiem, że będą nocować albo w One & Only, albo w Four Seasons. Mandarin Oriental już trochę za grube. Tam raczej nocują Polacy, którzy lądują swoim jetem na specjalnym lotnisku Al Maktum. 

Lądujemy. Na każdego pasażera z naszej klasy czeka nowa czarna S class lub BMW 7 dowożąca do samego hotelu. Standardowa procedura. 

W drodze nachodzi mnie jedna, bardzo przejrzysta myśl. Emiraty są dla mnie miejscem kontrastów, a to, co najbardziej mi się rzuca tu w oczy, to wielowarstwowość tego miejsca. 

Zacznijmy od samego spodu piramidy. Podstawy, która zbudowała ten powstały na piasku świat. Od najniższej grupy społecznej. Współcześni niewolnicy. Sprowadzani z Indii i Pakistanu.

Handel ludźmi, niewolnicza praca oraz czerpanie zysków z ucisku innych, są tak stare jak historia samych ludzi. Niemal od samego początku, gdy rozkwitały pierwsze cywilizacje, silniejsi wykorzystywali słabszych do własnych celów.

I podobnie jak dziś, dawniej ceniono sobie tanią siłę roboczą. Zazwyczaj przybywało jej po zwycięskich wojnach, podczas których pokonanych wrogów zmieniano w niewolników. To oni zajmowali się najcięższymi pracami i trafiali do kopalń, na galery czy na budowę w szczególnie trudnych warunkach.

Niewolnictwo nigdy nie zostało zniesione i istnieje do tej pory, tylko przybrało bardziej ”ludzką” twarz. Kiedyś widoczne przez kajdany owinięte wokół szyi i nóg, dziś pod postacią upokarzających warunków, karygodnego lub żadnego wynagrodzenia oraz ubezwłasnowolnienia.

WFF (Walk Free Foundation), niezależna organizacja praw człowieka wypuściła raport, w którym podaje niepokojące dane o przymuszaniu ludzi do pracy nawet w krajach Wschodniej i Centralnej Europy, również w Polsce. Więcej na ten temat możecie poczytać na stronie http://www.globalslaveryindex.org.

Wynika z niego, że dziś na świecie jest aż 30 milionów ludzi pracujących w karygodnych warunkach. Jeżeli traktować ich jako niewolników to jest ich teraz więcej, niż kiedykolwiek w historii. 30 milionów! Dla przykładu w 1790 na 4 mln mieszkańców Stanów Zjednoczonych, 750 tys. (blisko 20 procent ludności) stanowili Afroamerykanie- w zdecydowanej większości – niewolnicy! Widzicie to?

Dziś mężczyźni, kobiety i dzieci na całym świecie zmuszani są do nieodpłatnej lub za głodowe wynagrodzenie pracy, a ich liczba ciągle się powiększa.

Dzisiejsze niewolnictwo to także zadłużanie pracowników tak, by związać ich z danym miejscem bez możliwości zmiany trybu życia. 

Weźmy przykładowo Omara ze wschodniego regionu Pakistanu- Punjabr. Omar pochodzi z dużej muzułmańskiej rodziny, w której wszystkim i wszystkimi rządzi babcia. Każdy z jej synów oddaje jej wszystkie zarobione pieniądze, którymi ona później dysponuje i rozdziela na pozostałych członków rodziny. Ma trójkę dzieci i żonę, która została mu wybrana przez starszyznę. Pewnego dnia przyjechał na ich wioskę Shiva, też hindus, ale z większego miasta. Shiva szuka mężczyzn do pracy, ma dojścia w Dubaju, wie jak tam się dostać i zarobić pieniądze. Rekrutuje tylko zdrowych i młodych mężczyzn. Obiecuje wysokie zarobki i dziesięcioletni kontrakt. Jedyny warunek- przez te dziesięć lat nikt nie może wrócić do Pakistanu zobaczyć swych rodzin. Na ich wiosce panuje ogromna bieda, a taki wyjazd to nie tylko ostatni promyczek nadziei, ale ogromna szansa na przetrwanie dla całej rodziny.

Na miejscu Omar trafia do ośrodka, w którym mieszka, 100 km od Dubaju, jego miejsca pracy. Przez przypadek kiedyś obok takiego przyjeżdżałam szukając dróg bez radarów, na których mogę wypróbować nowo zakupione auto. Te ustawione jeden na drugim baraki wyglądają jak obozy pracy. Ludzie śpią po dziewięciu w jednym pomieszczeniu, po 3 na łóżku. Najmłodsi są regularnie i grupowo gwałceni. Do pracy wstają o 4 rano, wracają o północy. 4 godziny snu, 3 godziny w autobusach i 17 godzin w pracy. Jeden dzień w tygodniu wolny. Często na budowach dochodzi do samobójstw. Ci ludzie czują się bezsilni, oszukani, stłamszeni oraz zwyczajnie przemęczeni i czasem jedyną ucieczką ku odzyskaniu wolności, którą widzą jest skok z budowanego przez nich wieżowca.

Filipinki mają lepiej. Pracują w sektorze beauty (fryzjerki, manicurzysyki, masażystki) lub są opiekunkami (dzieci, domu i dorosłych…). Mają lepsze wynagrodzenia, mieszkają w dobrych warunkach. Niestety latami potrafią nie odwiedzać swoich dzieci, matek i ojców. Nie potrafię sobie wyobrazić co bym czuła musząc dla przeżycia zostawić swoje dziecko i męża na 5 lat i nie mieć możliwości się z nimi spotkać.

Opisałam fundamenty, na których trzyma się całe Państwo. Teraz pójdźmy na sam czubek piramidy. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że w Dubaju istnieją cztery kategorie człowieka, który jest tu uznawany za „lepszego”.

– Lokales- emiratczyk z dziada pradziada.

– Rezydent- prowadzący tu swoją działalność lub legalnie zatrudniony expat.

– Bogaty turysta- nie trzeba tu nic tłumaczyć.

– „Normalna” Kobieta- każda „normalna” kobieta cieszy się tu ogromnym szacunkiem. Chyba, że jesteś urodzoną w Emiratach muzułmanką lub prostytutką- wtedy niestety nie korzystasz z tych wspaniałych przywilejów. Czyli ponad połowa kobiet przebywających w Emiratach nam już odpada…

Dla tych ludzi robi się tu wszystko. Ściąga gwiazdkę z nieba, a prawo zdaje się ich omijać. Masz tu korzenie, pieniądze, albo dobrze prosperującą firmę lub długie nogi i blond włosy to żyjesz jak król i wszystko ci wolno. Za pieniądze w Dubaju możesz wszystko. Iść do kasyna, zabawić się w burdelu z 12 letnimi Pakistankami, albo za 500 tys dirhamów wykupić się z więzienia za posiadanie przy sobie 10 g kokainy. Kokainę oczywiście też możesz kupić, jak każdy inny narkotyk. W kraju gdzie posiadanie i handel jest karane dożywociem i niemało ludzi taką karę tu odsiaduje. I uwierzcie mi wiem o czym piszę, bo to wszystko widziałam na własne oczy. Mieszkając tu łącznie około 2,5 roku i nie szukając usilnie wrażeń. Teraz wyobraźcie sobie co mogłabym odkryć, gdybym rzeczywiście była ciekawa jakie inne sekrety skrywa to miejsce.

Studiując w Abu Dhabi dane mi było dobrze poznać lokalne rodziny. Na początku nie budziłam ich zaufania, ciężko było z kimkolwiek złapać głębszą relację i poruszać inne tematy niż uczelniane. Jednak jak w końcu przedostałam się przez tę skorupę otworzył się przede mną całkiem nowy i nieznany świat…

Byłam na beduińskiej wiosce, w której żyły tradycyjne rodziny i niektórzy pierwszy raz widzieli blondynkę, bo nigdy nie ruszają się spoza nowo wybudowanego na środku pustyni osiedla. Ta wizyta była dla mnie wzruszająca. Czułam się tam jakby przyjmowała mnie moja ukochana babcia po długiej rozłące. To mieszkańcy Emiratów mają we krwi. Gościnność i hojność.

Byłam gościem na lokalnych weselach. Niesamowite przeżycie, do opisania w innym poście. Na marginesie tylko powiem, że wesele są podzielone, kobiety i mężczyźni bawią się oddzielnie, a panna młoda często poznaje męża dopiero podczas samych zaślubin… Can you believe that?

Byłam też na imprezach w Emirates Hills, na których znudzone dzieciaki bawiły się swoimi młodymi tygrysami i małpkami, które biegały po garażu wypełnionym mniej więcej stoma kolekcjonerskimi autami. Każdy większy dom miał w podziemiach swój nocny klub. Z barami, barmanami, managerami, kelnerami, DJami. Oczywiście wszystko bezpłatne, prywatne i utrzymywane w tajemnicy.

Widząc to wszystko moją pierwszą myślą było, że mało tym ludziom brakuje do szczęścia. Najwyższe budynki, najdłuższe baseny, największe aquaparki, najlepsze uczelnie, najsmaczniejsze jedzenie. Wszystko naj.

Mają spełnione wszystkie potrzeby materialne: domy, pieniądze, edukację, opiekę zdrowotną na najwyższym poziomie. Ale jak się im bliżej przyjrzysz to zaczynasz dostrzegać na ich twarzach smutek i znudzenie. 

Kobiety ubrane w piękne abaje w szpilkach z najnowszej kolekcji Rene Caovilla z limitowaną Kelly na ramieniu snują się po Dubai Mallu, beznamiętnie kupując każdą nowość, która wyjdzie w Hermesie, Diorze i Chanel. Nie ma tam zajawki, ani tego chwilowego szczęścia jakie zdawałoby się być naturalne dla kobiety na zakupach w najlepszych domach mody. Ale tam nawet nie widać iskry życia w oku. Ich oczy są znudzone i zdemotywowane. Wchodzą, kupują, wychodzą. Idą na kawę i ciastko do Leto. I następnego dnia to samo. Znudzone, zobojętniałe i bez planów na przyszłość.

Myśląc o tym przychodzi mi do głowy jeden cytat. „Trudne czasy tworzą silnych ludzi, silni ludzie tworzą dobre czasy, dobre czasy tworzą słabych ludzi, słabi ludzie tworzą ciężkie czasy.” 

Przecież kiedy masz wszystko…czego chcieć więcej?

A jednak. Jest taka rzecz. Najskrytsze pragnienie. Jest to wolność i możliwość samodzielnego decydowania o swoim życiu. Ale nie wiem ile jest takich silnych muzułmanek w Emiratach, które mają odwagę i siłę walczyć o swoje. Jedynym wyjściem jest ucieczka do Europy, ale wtedy jesteś sama, bez rodziny, bez pieniędzy, często bez edukacji i jakiegokolwiek doświadczenia. Aczkolwiek poznałam taką odważną, zastraszaną, szantażowaną i walczącą o swoje dziewczynę podczas moich studiów w akademiku w Abu Dhabi, ale zdecydowanie należy jej się oddzielny wpis.

Dubai wydaje mi się być jak ten stary ojciec z twardą ręka. Boisz się go, ale go kochasz, bo to przecież twój ojciec, który chce dla ciebie dobrze. Ojciec, który ściągnie swoim dzieciom gwiazdkę z nieba, za co jesteś mu wdzięczny, ale czujesz wobec niego respekt i strach, bo jak się wkurzy to w najlepszym wypadku lądujesz w piwnicy ze śladem po pasku na pupie. 

Patrząc z perspektywy jednostki na państwa zarządzane przez rodziny królewskie, państwa totalitarne lub komunistyczne zauważam pewną zależność. W każdym z nich obywatel jest podporządkowaną, ale często jedynie z pozoru bardzo zadbaną jednostką. Takie kraje charakteryzuje to, że każdy obywatel posiada życie na podobnym poziomie, jest jednakowo traktowany, ale jednak ci trzymający się grupy rządzącej wiodą życie jak pączki w maśle – życie w dobrobycie korzystając garściami z tego, co świat ma do zaoferowania.

W Emiratach, jak w każdej monarchii, przeciętnego obywatela obowiązują surowe zasady. Są mieszanką prawnych nakazów, religii muzułmańskiej oraz lokalnej tradycji. Czego dotyczą? Praktycznie każdego aspektu codziennego życia. Są to ograniczenia w spożywaniu alkoholu, zakazy publicznego okazywania uczuć osobie płci przeciwnej, odgórnie narzucony styl ubierania. Do tego zero hazardu i pornografii, jedzenie tylko Hallal, niezamężne kobiety nie mogą decydować same o zagranicznych wyjazdach, wyborze studiów etc. Nie zawsze i nie wszędzie są one przestrzegane. Jednakże z tego co przez lata zauważyłam, lokalsi są delikatnie mówiąc hipokrytami, a zasady te stosują wtedy kiedy jest im wygodnie jednocześnie głośno mówiąc o ich słuszności…

A teraz krótko o przywilejach. Zacznijmy od rodowitych Emiratczyków. Darmowe studia na bardzo drogich uczelniach typu American University, NYU, czy Sorbona, ziemia za darmo po ślubie, brak rachunków za prąd, minimalna pensja wynosząca 20,000 dirhamów dla każdego z dyplomem licencjackim. Duże firmy  z zagranicznym kapitałem maja obowiązek zatrudnieniaEmiratczyków, którzy powinni stanowić minimum 20% kadry. Oznacza to, że w 10 mln kraju, w którym lokalsów jest raptem 3 mln, każdy znajduje zatrudnienie. Jeżeli chce. Jeżeli nie chce, nie musi pracować. 

Nie ma tego złego, co? Ale pamiętajmy o jednej kwestii.  Nikt tu nie jest równy i każdego dotyczą inne zasady. 

I tak właśnie Dubaj jest miastem podwójnych standardów i przeciwieństw. Wolności i ograniczeń. Szczęścia i tragedii. Czy Świat tego nie widzi? Oczywiście, że widzi, ale petrodolary zapewniają władcy całkiem dużą pobłażliwość. Liderzy polityczni nie zamierzają psuć interesów ekonomicznych w walce o najwyższe wartości, a zwykli ludzie chcą korzystać garściami z tego czym gości nas to pełne wspaniałości miejsce. Czy słusznie? Pozostawiam wam do własnej interpretacji.

3 thoughts on “Post o Dubaju

  1. Przyznam, że zaintrygował mnie tem wpis. Jestem bardzo ciekawa rozwinięciem tematu, bo o tym co napisałaś głośno się nie mówi, a powinno.

  2. Świetnie napisane! Nie mogę się doczekać dalszych historii i faktów! Naprawdę super!!!!

Leave a Reply