Featured

Fajny, czy nie fajny?

Na instagramowym DM od dwóch dni pytacie: „No to jak z tym Crystal Mountian? Fajny czy nie fajny?”. Odpowiedź brzmi: to zależy, czy pytacie mnie jako Izę czy mamę Izę, bo tym wypadku „ fajność” hotelu jest dla mnie zgołan inna. Bo oto, moi drodzy, mamy przed sobą hotel stworzony na potrzeby przede wszystkim jednego gatunku – sfilcowanych dorosłych.

Atrakcje dziecięce, czyli święty spokój.

Wyobraźcie sobie miejsce, gdzie dzieci wchodzą w tryb turbozabawy i nagle traktują rodziców jak drobny błąd w systemie. Najczęściej słyszane tu zdanie to: „Mamo, jeszcze godzinkę!”, wypowiadane tonem, który sugeruje, że Twoja obecność w tym miejscu to zbędny balast. Tu dzieci są jak w Disneylandzie – a Ty? No cóż, Twoje wakacje są bardziej jak w symulatorze przetrwania z przerwami na masaż i samotną herbatkę na balkonie.

Góry, widoki i…

Hotel jest położony w malowniczym zakątku gór – gdziekolwiek spojrzysz, widoki jak z pocztówki: szczyty Beskidów Śląskich tonące w chmurach, zimowe lasy, które wyglądają jakby były obsypane cukrem pudrem, i świeże, mroźne powietrze, które obiecuje zdrowy rumieniec na twarzy. Idealne miejsce, żeby naładować baterie, prawda? No cóż… w teorii.

W praktyce te majestatyczne krajobrazy oglądasz głównie przez okno, bo wyciągnięcie dzieci z hotelu graniczy z cudem. To miejsce działa na nie jak magnes: aquapark, animacje, Kids Club, Game Room – to wszystko wciąga je do tego stopnia, że hasło: „Chodźmy na spacer!” wywołuje reakcję porównywalną do zaproponowania kąpieli w przeręblu.

W recepcji czasem widać innych szaleńców zbierających całą swoją rodzicielską moc, żeby namówić swoje dzieci na półgodzinny spacer po ośnieżonym lesie. Po trzydziestu minutach negocjacji i obietnic w stylu: „Kupimy potem trzy gorące czekolady i pozwolę ci zjeść wszystkie dodatki” wychodzą, aby wrócić umordowani, zanim zdążyli opuścić  granicę hotelowego parkingu. 

Musicie zrozumieć, że ten hotel to nie miejsce, gdzie się wypoczywa w górach. To miejsce, gdzie góry są ładnym tłem do zdjęć, które robisz przez szybę, podczas gdy Twoje dziecko zajada nuggetsy w kształcie dinozaurów albo ściga się na zjeżdżalni wodnej.

Więc tak, góry są piękne. Ale jeśli myślisz, że tu pospacerujesz, kontemplując naturę, musisz być gotowy na bardzo silną wolę i dziecięce łzy. Albo, jak większość rodziców, po prostu się poddajesz i pozwalasz hotelowym atrakcjom wciągnąć Twoje dzieci w wir zabawy, a Ty sam… no cóż, idziesz do strefy 18+. Mi się udaje wyciągać Saszę na całodzienną pieszą wycieczkę, bo postawiłam to sobie jako misję, którą muszę spełnić, ale nie zmienia to faktu, że pierwsze cztery godziny wysłuchuję płaczu, że chcę już wracać, a kolejne prawie biegnie na złamanie karku, żeby zdążyć na mini disco, na którym się umówił ze swoją nową dziewczyną.

Restauracja – oaza tolerancji rodzicielskiej. I nie tylko.

Fajne jest to, że jedząc śniadanie, nie muszę przepraszać połowy sali za zachowanie mojego pierworodnego, który potrafi zamienić stół w instalację artystyczną pod tytułem „Apokalipsa mleczna”. Wszyscy tutaj są w tym samym okopie – każdy stolik przypomina pole bitwy, a spojrzenia sąsiadów są pełne zrozumienia i współczucia, a nie pogardy. To piękne, wspólnotowe doświadczenie, jak Openair, tylko z krzyczącymi dziećmi zamiast gitar.

Personel – bohaterowie ukryci w mundurach codzienności

Nie, to nie są zwykli kelnerzy i sprzątaczki. To komandosi rodzicielskiego frontu, którzy poruszają się z gracją baletnicy w restauracyjnej dżungli pełnej Brajanków i bomb porcelanowych. Są jak ninja – zręczni, szybcy i nigdy nie tracący cierpliwości, nawet gdy za ich plecami wybucha piąta awantura o naleśnika z „innym” dżemem. Pozbawieni układu nerwowego cisi bohaterowie tego spektaklu.

Strefa 18+

Ale słuchajcie, jest coś, co ratuje was i ten hotel i wynosi go na poziom prawdziwego luksusu – strefa tylko dla dorosłych. Sauna, jacuzzi, basen, SPA dr Ireny Eris, a co najważniejsze: absolutny brak dzieci. Zero płaczu, zero krzyków, zero walk o kolor ręcznika. To miejsce to jak Narnia, tylko zamiast faunów i lwów czekają na Ciebie cisza i spokój. Ten moment kiedy zostawiasz animatorkę z sali zabaw na pastwę swojego dziecka, które znacznie przekroczyło dozwoloną dzienną dawkę cukru, aby z dala od problemu zatopić się w delikatnym dotyku dłoni masażystki? Bezcenne.

Ten hotel to jak wielka rodzinna impreza, na której dzieci niczym wujek Staszek zamęczają wszystkich gości, a rodzice we wspólnej komitywie sączą whisky sauer przy świetnej muzyce na żywo w hotelowym barze.

Czy polecam? Absolutnie. Czy wrócę? Na pewno – kocham miejsca, w których każdy znajdzie coś dla siebie, a dzieci w końcu mogą być sobą.

Zostaw odpowiedź