Site icon Raczkująca Mama

Bali – Wyspa Bogów, Bogiń

Subiektywny przewodnik

* Poniższy tekst jest lekko przerysowany i wysnuty na podstawie mojej subiektywnej obserwacji ( a nie doświadczeniu!)  także czytaj z przymrużeniem oka i na własną odpowiedzialność (najlepiej popijając sobie matchę!) 😉 Enjoy!

Wstęp

Wielu z Was w Instagramowym DM pyta mnie: „Iza, poleć coś na Bali”. Blogerką podróżniczą nie jestem i niespecjalnie mi do tego spieszno. Polecić „czegoś na Bali” też nie polecę, ale mogę Wam polecić wyspę samą w sobie.

Aczkolwiek umówmy się – Bali nie jest dla każdego. Jak miałoby być, skoro każdy lubi coś innego? Pozwólcie, że nie będę Was przekonywać, że pizza z ananasem jest super – tak samo jak awokado z kolendrą na śniadanie.

Zapraszam Was na krótki przewodnik, ale po mojemu. Dzięki niemu bardzo szybko zrozumiecie, co w trawie piszczy.

Bali nazywane jest „Island of Gods” – wszechobecny spirytualizm, ceremonie, energia. Też myślałam, że stąd pochodzi niepisana etymologia tej nazwy. Potem dopiero się zorientowałam, że rzeczywistości Bali to kipiąca seksem wyspa bogów i bogiń, od których ciężko odwrócić wzrok.

Wiecie, są pewne miejsca na Świecie, które posiadają niewidzialne filtry. Albo się przez nie przebijesz i zostaniesz, czując się jak u siebie, albo odpadniesz w przedbiegach.

Na przykład Tulum – tu filtrem jest kasa. Masz ją i czujesz się jak król.

Monako? Musisz mieć jej jeszcze więcej, żeby móc tam postawić stopę i nie czuć się jak biedny kuzyn na urodzinach ciotki ze Stanów.

A Dubaj? Tutaj liczy się pewność siebie, duże ego i łatwość w nawiązywaniu kontaktów. I kasa. Masz to w sobie – jesteś w domu.

A Bali? Tu filtr jest jeden: Be sexy or go home.

Jeśli jesteś facetem bez z brzuszkiem, albo łysiną zamiast bujnej czupryny, sorry, ale po tygodniu lub dwóch uznasz, że to nie miejsce dla Ciebie. Oczywiście wytłumaczysz sobie, że to przez syf, brud i mnóstwo skuterów. Ale prawda jest taka, że co masz robić na siłowni, na której każdy gość wygląda lepiej od drugiego? No niepotrzebny stres. Poza tym, przecież forma to nie wszystko, a Ty masz coś innego do zaoferowania 😉

To samo dziewczyny – jest ich tu tak dużo, pięknych, zadbanych, wysportowanych, że te „zwykłe” są w zdecydowanej mniejszości. Tu pieniądze czy dobry auto-PR nie mają żadnego znaczenia. Tu liczy się tylko Beauty Filter.

Owszem, Bali sprzyja rozwojowi duchowemu, ale zanim odnajdziesz swoją wewnętrzną harmonię, warto zadbać o zewnętrzną. Tak, to wyspa bogów, ale prawdziwe bóstwa mijasz na ulicy – opalone, wyrzeźbione i gotowe na kolejne śniadanie z avocado toast z podwójną porcją jajek.

I dlatego Bali to Island of Gods.

Przyjrzyjmy im się bliżej.

Część I: Uluwatu

Ukryta przed skomercjalizowanym i zepsutym światem utopijna społeczność młodych ludzi.

Trochę jak w filmie The Beach, trochę jak w American Pie. Śmiem twierdzić, że 90% z nich to single – albo przynajmniej ich udają, podczas gdy partner lub partnerka jest na innym wyjeździe, na drugim końcu świata.

To część wyspy, w której główną rolę grają piękne, piaszczyste plaże, zielone klify, świetne restauracje, śniadaniownie i designerskie spa.

Nie udusisz się tu spalinami skuterów, jak w innych regionach wyspy. Tu panuje spokój, dzień wyznacza słońce, a do najlepszej miejscówki idziesz w japonkach i pareo przerzuconym przez bikini.

Kogo tu spotkasz?

Surferzy – królestwo Piotrusiów Panów

Średnia wieku 18-25 lat.

Nie nazwę ich jeszcze mężczyznami – to chłopcy. Surferzy, popijający Bintanga przed Circle K na plastikowych krzesłach, żyjący w guest housach i stołujący się w lokalnych warungach.

Nie wiedzą, co przyniesie jutro. Nie przejmują się tym. Kiedy Pan Bóg rozdawał talenty, stali w kolejce po umiejętności sportowe, a nie po ambicję.

Typowy Piotruś Pan nigdy się Tobą nie zaopiekuje, ale jest idealnym wakacyjnym romansem. Ma długie, pofalowane blond włosy, spodenki Billabong i oczywiście świetne ciało. Jego smartfon służy głównie do oglądania własnych nagrań z surfingu lub robienia kolejnych matchy na Tinderze – który na Bali jest tak popularny, jak u nas Uber Eats i nie stanowi żadnego faux pas.

To typ bardzo łatwy do poderwania, szczególnie przez dziewczyny, które tu mieszkają.

Ulu Girls

Średnia wieku 22-38 lat.

Każdy dzień wygląda podobnie. Pilates na reformerach do 10:00, śniadanie i kolejny trening w Bambu Fitness. Następnie lunch w Satu lub Warung Local, opalanie na plaży, a po 15:00 zdalna praca najczęściej dla jakiejś agencji martketingowej.

Typowa Ulu Girl ma włosy pofalowane solą morską, naturalny manicure bez lakieru. W dni wolne od sportu spotkasz ją ubraną w kapelusz, szerokie lniane spodnie i bikini pod spodem. Styl luźny, niewymuszony.

I papieros. Gruby, nigdy slim. Ostatni raz miejsca, gdzie tyle osób pali i jest to dalej bardzo cool widziałam w szkolnej toalecie 20 lat temu.

Wychodzą codziennie, każdy wieczór to impreza w innym miejscu. Poniedziałek – Disco Pizza, wtorek – Rolling Fork, środa – Ulu Fishmarket, czwartek – Cashew Tree, piątek – Mana, sobota – Savaya. I nawet w niedziele nie odpuszczaja. Wtedy są w Single Fin. Kolejność jest oczywiście kluczowa. Pójście do Rolling Fork w każdy inny dzień niż wtorek mija się z celem. Wiem, wiem- nie ma za co Panowie, podziękujecie mi następnym razem.

Dziewczyny cieszą się z  powodzenia wśród małolatów, bo jacy by oni nie byli wyglądają o niebo lepiej niż kolesie w kraju z którego przyleciały. Każdy after zawsze kończy się zapewnieniami dotyczącymi kolejnego spotkania i staje się tym samym pierwszą i ostatnią wspólną nocą, bo na wiecej panowie zwykle nie maja ochoty. Potem biorą sie za ich koleżanki, co zawsze kończy sie jakas mini dramą, jednak szybko o takowej wszyscy zapominaja wpadając w ramiona kolejnego kochanka. I tak sie tam życie spokojnie toczy. Od imprezy, do kochanka, a jedynym łóżkiem na jakie trafiasz dwa razy to twoje łóżko do ćwiczeń w Reform Pilates. Do tej pory myślałam, że to Warszafka wiedzie prym w iście tradycyjnym podejsciu do seksu, ale nasłuchawszy się historii z Uluwatu śmiem twierdzić, że to ono zdecydowanie przejmuje prowadzenie w tej kwestii.

Do Ulu na weekendy zjeżdżają się expaci z Canggu, które polecam Wam na koniec podróży. Canggu charakteryzuje się nieco wyższą średnią wieku, czyli 25-38 lat, i większą zawartością portfela.

Tutaj ludzie mają więcej pieniędzy, żyją w ładnych willach z kilkoma sypialniami, otwartą kuchnią i dużym basenem w ogrodzie.

Zdecydowanie więcej stałych związków niż w Ulu. Powiedzmy, że Canggu (Batu Balong, Berawa) to taka Warszawa – tłoczna i popularna, a Pererenan to taki Konstancin-Jeziorna – spokojniejszy, „elitarny”, chociaż to słowo do Bali mi jakoś szczególnie nie pasuje.

Ale do głębszego opisu zamieszkującej go grupy przejdziemy następnym razem.

Do usłyszenia wkrótce!

Exit mobile version